„Nie sztuka się buntować przeciwko światu – przeciwko deszczowi, kiedy leje, i słońcu, kiedy praży. Sztuka buntować się przeciwko swoim ograniczeniom w imię przekroczenia własnych granic” Ks. J.Tischner

czwartek, 29 marca 2012

Z przymróżeniem oka i wielkim powerem

Dzisiaj czuję się wyśmienicie dzięki dwóm cudnym człowiekom :), którzy wczoraj naładowali mnie bardzo pozytywną energią, a dodatkowo przywieźli mi płyty bardzo fajnego zespołu ze Śląska O'REGGANO - polecam. Oprócz tej bardzo energetycznej muzyki na moją półkę trafił anioł (urocze rękodzieło) i dwa znaczki, które podarował mi Pan Adam wiedząc jak bardzo cenię Ryska Riedla. DZIĘKUJĘ. A czy napomknęłam o tym, że pewnego wiosennego dnia obudził mnie kurier z poczty kwiatowej i wręczył bukiet żółtych tulipanów, dzięki kartce która była w środku dowiedziałam się kto po raz pierwszy w życiu wysłał mi kwiaty pocztą. Moi ludzie od skrupulatnych ujęć nie tylko w głowicy aparatu do usg, ale również przepięknych ujęć lustrzanki, przesłali mi w ten sposób pozdrowienia. Marek i Agnieszka, Ci którzy dzielą się swoim  wielkim szczęściem jakim jest mała Nastusia i jeszcze mniejszy świeżo narodzony Oluś - co jakiś czas dostaję od nich nową dawkę zdjęć, by być na bieżąco i widzieć jak się cudownie rozwijają. Przyjdzie taki czas kiedy w tym moim segregowaniu zdjęć, wyciągnę same zdjęcia dzieciaków, których miałam szczęście poznać.

A teraz mała dawka wygłupów przed moją kamerką - tak się dzisiaj czuję - bardzo skocznie :)

O'reggano / list do pani Wandy

video



środa, 28 marca 2012

Rezonans Magnetyczny

Pobudkę mieliśmy o 3:18 dzięki naszej kotce, która przeżywa jakieś marcowanie. Chcieliśmy ją uciszyć głaskaniem, ale się nie dało. Dlatego wpadliśmy na wspaniały pomysł - szkoda tylko, że tak późno. Nałożyliśmy Sziszy kaftanik, który rok temu dostała po sterylizacji. Ona zachowuje się w nim tak jakby ją sparaliżowało, i jest bardzo potulna, a co najlepsze mruczy przy tym jak traktorek. Ale mimo tego, że kot został uciszony i nie miauczał już jak dziecko, to żadne z nas ponownie już nie usnęło.
O godzinie 8 jesteśmy już w rejestracji. Potem udajemy się do punktu pobierania krwi, ponieważ muszą mieć sprawdzony poziom kreatyniny, by mogli wykonać mi badanie. Następnie udajemy się do kolejnej rejestracji, w której stoimy 25 minut, bo ludzi jest od groma. Po tym czasie nawiązuję kontakt z Panią rejestrującą. Nagle pada pytanie - "Kiedy była ostatnia miesiączka?" odpowiadam -"W trakcie" Ona patrzy na mnie i mówi  -"Nie słyszę". Myślę sobie, kobieto ja wiem, że dla nas to zupełnie normalna rzecz, ale dlaczego mam rozmawiać o mojej menstruacji przy tych wszystkich ludziach. - "Przepraszam, ale tak mamy o tym rozmawiać? Ja nie będę do Pani krzyczeć".  -"No tak. To ja Panią proszę tutaj na bok do mnie". Pani mi mówi, że powinnam być między 5 a 12 cyklem menstruacji, więc ją pytam gdzie to jest napisane, a ona że lekarz powinien mi o tym powiedzieć. Więc jej mówię, że żadnej takiej informacji nie uzyskałam, zresztą u kobiet miesiączki się przesuwają, więc w styczniu miałam inaczej i teraz też mam inaczej. Pani każe nam czekać i biegnie gdzieś z moim skierowaniem. "Znów problem, znów niedopatrzenie, znów pominięta ważna informacja, jasna cholera co z nimi, najpierw przesuwają przez to operacje, a teraz to. Niech tylko przesuną mi ten rezonans to się dowiedzą. Czekałam trzy miesiące na to badanie." Po wylaniu żalu Tomkowi, przychodzi Pani i mówi - "Proszę za mną". Idziemy, siadamy w poczekalni przy gabinecie.  - "Proszę poczekać, aż zawołają" - "Dobrze, dziękuję". Jest godzina 8:45, na moim skierowaniu wyznaczona godzina badania to 10. Opieram się o ramię Tomka i zasypiam...
Budzę się po dwóch godzinach, bo ktoś mnie woła. Zrzucam pospiesznie swój płaszcz i torebkę, i wchodzę do pomieszczenia, w którym każą mi się rozebrać. Pani doktór robi ze mną krótki wywiad - " Kiedy była ostatnia operacja? Kiedy ostatnia radioterapia? Kiedy ostatnia miesiączka? Kiedy ostatni tomograf lub rezonans? Kiedy zakończona hormonoterapia?"  Po uzgodnieniu, w którym dniu cyklu jestem, zakładają mi wenflon i zapraszają do następnego pomieszczenia. Wow, co za maszyna, jest zimno, głośno i bardzo jasno. Rozebrana do połowy kładę się brzuchem do łóżka, piersi mają swoje oddzielne wyżłobione dziury, w których muszę precyzyjnie je ułożyć, podobnie jak głowa, a raczej twarz. Pod ramiona (kościste, jak to Pani raczyła zauważyć) włożono mi gąbczaste podpórki, a do ręki podano gumową gruszkę - "Tu jest dzwonek gdyby coś się Pani działo". Do wenflonu podłączono mi wężyk, którym będą wpuszczać kontrast. Plecy zasłonięto mi czymś ciepłym (nie widzę, bo jedyną rzecz którą widzą moje oczy to biała, metalowa część łóżka, dziesięć cm od twarzy). - "Pani Agato zaczynamy, bardzo proszę swobodnie leżeć i się nie ruszać". I nagle założono mi na uszy słuchawki tłumiące głośne dźwięki. - "Proszę się nie bać, będzie głośno". Ha ha ha głośno to mało powiedziane!
Wjeżdżam. Coś pompuje, coś ćwierka jak wróbel na przemian z tym pompowaniem. Nagle jak alarm zaczyna coś wyć, potem turkot i zmów wyje. I tak przez trzy minuty, te słuchawki to chyba ozdoba jakaś, bo ryk taki, że zmarłego by obudziło. O przestało, znów słyszę pompowanie z ćwierkaniem na przemian. Nagle pisk, ale taki, że zadrżałam, myślę sobie cholera jak tu się nie ruszać, przecież człowiek spina się, żeby się nie wystraszyć ale się nie da. Dobra, zaczynam się przyzwyczajać, i tak na przemian silnik traktora -  tak jakbym głowę wsadziła mu pod maskę, potem odgłos drukarki igłowej, potem pisk, i znów alarm wyje niemiłosiernie. No zajebista ta maszyna, ale nie dałoby się jej jakoś wyciszyć skoro taka nowoczesna? Nagle ryki, wyjce i pikania przestają, pani pyta mnie czy wszystko jak na razie w porządku, odpowiadam jej, że tak. - "W takim razie teraz podamy kontrast". Kuźwa to jeszcze tego nie zrobiliście - "Dobrze" odpowiadam i czuję jak zimny płyn wlatuje do mojej żyły, robi mi się ciepło wszędzie, od karku aż do miejsc intymnych. I znów burczenie, wycie, drukarka igłowa, alarm, traktor, o i jakiś jeszcze nie znany dotąd dźwięk, który mogłabym przyrównać z młotem pneumatycznym.
Koniec, wyjeżdżam. Zejście z tego łóżka, to rzeczywiście wyczyn, bo w głowie kręci mi się jakbym wypiła pół litra, ubieram się po tym jak odłączono mi wężyk od wenflonu. Oczy mnie pieką i wszystko jest zamglone, a dźwięki stłumione. Siostra wyciąga mi wenflon i mówi, że wyniki będą za tydzień, przy okazji kontroli z lekarzem. Wychodzę, Tomek patrzy na mnie i wyciąga ręce "Tylko się nie przewróć... ale masz odciski na twarzy". Badanie trwało, jak się potem dowiedziałam - 45 minut, od wejścia do wyjścia z gabinetu. Ach cóż to był za koncert. 
Po dotarciu do domu i wypiciu dużej ilości płynów,  kładę się o 13 do łóżka, wstaję po czterech godzinach na siusiu i znów się kładę. Wstaję po kolejnych czterech godzinach i szykuję kolację. Tomek przychodzi z pracy, po godzinie znów jestem gotowa by iść spać. Kotu ubieramy kaftanik i zasypiamy o 23, ja budzę się po dziesięciu godzinach... Czy to normalne?



środa, 21 marca 2012

Wiosna! W niebie słychać śpiew skowronka

"Wiosna! cieplejszy wieje wiatr
Wiosna! znów nam ubyło lat

Śpiewa skowronek nad nami  
Drzewa strzeliły pąkami  
Wszystko kwitnie w koło,  i ja, i Ty. "







poniedziałek, 19 marca 2012

Poświecony dziś czas, niezależnie od wczorajszego czasu przesiedzianego na dworcu i w pociągu...

Kolejny podarowany mi dzień. Tak samo cenny, jak te cztery dni spędzone na spacerach i z bliskimi mi ludźmi. Miałam dzisiaj Gościa - choć można by rzec super Gościówę :), która zrobiła mi taką niespodziankę, przywożąc nie tylko siebie i swojej roboty, najlepsze muffinki jakie kiedykolwiek jadłam, ale też cały zapas leków, zawiesin, proszków i płynów, których teraz najbardziej potrzebuję. Długo szukałam idealnego momentu na to spotkanie, ale to właśnie dzisiejszy dzień sprawił, że stał się idealny.

Piątkowe doładowanie baterii :)

Dotarcie do mety i wręczenie nagród :)
Piątkowa obserwacja ptaków z czaplą w tle
chwila zadumy...
Niedzielne pozowanie na zakończenie weekendu.



A dla przypomnienia coś co niektórzy już znają:

"Co jest najśmieszniejsze w ludziach?
Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
— Paulo Coelho
Być jak płynąca rzeka

środa, 14 marca 2012

Szarość myśli, że ma mnie w garści...

Tak, był to czas dość przygnębiający, ale nie dałam złapać się w szczypce. Po czterech dniach zaciśniętych pięści, mogę wreszcie rozprostować palce. Nudności postanowiły zawrzeć ze mną umowę, umawiając się na kompromis - mają swoje pięć minut tylko o poranku. Poza tym moje złe samopoczucie postanowiło ulotnić się na dwa tygodnie urlopu. I dobrze, krzyż mu na drogę i granat bez zawleczki w kapsę...
Za moim oknem wszystko zraża do siebie szarością. Szare niebo, szare ulice, szare domy. Jedyne co się dobrze prezentuje na tym szarym tle to żółty tynk mojego balkonu, więc postanawiam przestać dołować się aurą za oknem, patrząc w przeciwnym kierunku. Sama sobie ubarwię mój świat :) Słoneczne tulipany ciągle mi towarzyszą i kokietują na przemian z innymi - dzięki Danielowi. Kotki ciągle za mną chodzą, tam gdzie ja tam one. Nie odstępują mnie na krok. Na kolanach, między nogami, na ramieniu, za laptopem, na piersiach, przy szyi, za głową...kleją się jakbym miała na drugie kocia miętka :)



Mogę w końcu gotować i delektować się różnymi smakami, bo krtań już mniej mi dokucza i przy mówieniu i przy przełykaniu. A jak się nie zapomnę i nie zjem zbyt dużej porcji, to nawet żołądek mnie nie boli. Reszta dolegliwości to teraz pryszcz. Znaleźliśmy i wypróbowaliśmy fajny przepis na pyszną musakę:

http://poradnikdomowy.pl/poradnikdomowy/1,116271,2906477.html

Wróciłam do filcowania. Zbliżają się święta, więc pomyślałam, że zrobię parę fajnych pisanek. Wróciłam też do czytania i oglądania filmów. Polecam polski dramat psychologiczny pt.: Trzy minuty. 21:37 - bardzo dobre kino z przepiękną muzyką Przemysława Gintrowskiego.

Żona Włóczykija
Jeż Jerzyk - rękodzieło Tomka :)
Postanowiłam też zadzwonić do zusu i zgłębić wiedzę o procedurach dotyczących wypłacania zasiłków. Raz wysyłają po trzech dniach od zakończenia danego zwolnienia innym razem po trzech tygodniach. Pani próbowała mi to wytłumaczyć, mówiąc coś o poczcie i zmieszczeniu się tym samym w ich terminach, ale chyba chemia zabija też istotę szarą w moim mózgu, bo nie wiele z tego zrozumiałam. Nie byłabym taka niecierpliwa, gdyby nie fakt, że oprócz spodziewanych wydatków takich jak OC czy wymiana butli gazowej, doszły te niespodziewane. W prawym przednim kole zaczęło coś wibrować przy skręcie w lewo i chyba mam coś z chłodnicą albo jej przewodami. Nie znam się widzę tylko że wskazówka temperatury silnika raz się podnosi a potem gwałtownie spada. Powinna przy nagrzanym samochodzie stać na sztorc, a nie ćwiczyć pompki...
A propos auta, przy segregowaniu zdjęć natknęłam się na moje cacuszko, którym sama z dumą jeździłam na każdą chemię, aż do końca leczenia czyli do ostatniej radioterapii. Mój trabant i ja przyciągaliśmy wiele gapiów. Jedni wyprzedzając nas, uśmiechali się szerokim bananem pokazując kciuk "OK" w naszą stronę, inni trąbili na znak uznania kiwając głową też wyciągając kciuk "TAK TRZYMAĆ". Do tej pory jak to wspominam to suszą mi się zęby :) Byli też tacy co brali mnie za wariatkę, dziwoląga, odmieńca. I to mi się najbardziej podobało - ta inność. Wracając z każdej chemii (od maja do września), stawałam na Karbiu w McDonaldzie na lody z sosem karmelowym. Piękna pogoda, szyby otwarte muzyka w głośnikach, ja i mój lód mmmmmmmm.

miał sztuczną trawę zamiast wycieraczek i grube czarne pasy, które wysprayowałam jak fachowy lakiernik w ciągu sześciu godzin, po bokach i dwa od przedniej klapy przez dach do bagażnika 
Gdy tylko słońce postanowi mnie zaprosić na spacer, poszukam więcej oznak wiosny. Na razie przyglądałam się zalotom łabędzi i uśmiechałam do każdej gałęzi, która urodziła niedawno bazie.





piątek, 9 marca 2012

Chemioterapia Onkologiczna II - cykl III

Dzisiejszy, tak wczesny poranek różni się tym, że do mojej sypialni przedziera się duża ilość światła, czuć zmiany w przyrodzie. Udało mi się przespać tylko pięć godzin, ale mimo to wstaję bez żadnych problemów.
Przy okienku rejestruję się o 8:00, po czym idziemy do punktu pobierania krwi. Nikogo przede mną nie ma, więc siadam na fotelik i odsuwam rękaw mówiąc siostrze "Dzień Dobry". Siostra odpowiada i po wyciągnięciu narzędzi patrzy na żyły głaszcząc tą co wszystkie siostry. Myślę sobie "do cholery coście się uparły na tą jedną". Mówię jej zanim postanowi się do niej wkłuć, że tą żyłę sobie oszczędzimy, bo już ostatnio był problem. Ona patrzy na mnie i stwierdza, że dużego wyboru w tych żyłach to ona nie ma. Myślałam, że parsknę śmiechem, chyba zauważyła moją minę i powiedziała "Pani nie powinna tak oszczędzać tej prawej ręki, z niej można pobierać krew, tylko nie można robić żadnych wlewów...inne panie tak robią". "Przepraszam, ale to jest moja ręka a nie innych pań, więc zapomnijmy o niej w tej chwili". Prawa ręka to ostateczność, mają jeszcze żyły w dłoni, nadgarstku, nogach i innych częściach ciała, ja widziałam jakie dłonie mają kobiety po usunięciu węzłów, wiec nie ma dyskusji. Suma sumarum w tym pobieraniu uczestniczą dwie siostry, jedna się wkłuwa i naciska na żyłę, a druga ściska próbówkę, do której krew dociera przez gumowy wężyk. Po siedmiu minutach cel zostaje osiągnięty.
Schodzimy do bufetu na śniadanie. Tomek czeka w kolejce po herbatkę z cytryną, a ja uciskam miejsce wkłucia. Po paru minutach podchodzi do mnie kobitka pytając, czy nie mogłybyśmy zamienić się stolikami, musi pokazać jakieś ważne zdjęcia, a za chwilę padnie jej bateria w laptopie. Rzeczywiście za moimi plecami był kontakt, ale był też przy wolnym stoliku na środku sali, więc mówię jej, że tam też może sobie usiąść, ale nie skorzystała z propozycji bo jak mi powiedziała zdjęcia były poufne i lepiej jakby inni nie zaglądali do jej laptopa. "No dobrze, w takim razie musi pani poczekać, bo sama nie dam rady się przenieść". Odeszła do swojego stolika nie proponując mi pomocy. Podchodzi do niej facet, siada i próbuje wydusić z baterii jeszcze trochę energii, ale chyba mu się nie udaje. Tomek przynosi herbaty, a ja mu mówię żebyśmy usiedli przy innym stoliku, bo tamci potrzebują kontaktu. Przenieśliśmy wszystko, więc podchodzę do niej i mówię, że stolik jest wolny. Patrzy na mnie i mówi dziękuje, po czym zwraca się do faceta "Panie doktorze przejdźmy tam". My zajmujemy się sobą, jemy pijemy i rozmawiamy, tak mija godzina.
Powoli zbieramy się pod gabinet lekarski. Siadamy, nakładamy słuchawki i cierpliwie czekamy. Mija godzina, mija kolejna... Pani "płacząca", która też czekała w poczekalni wychodzi z gabinetu siada i zaczyna mówić do pacjentki obok, że ma złe wyniki...i znów płacze. Robi to dość głośno, więc skupia na sobie uwagę większości pacjentów. Ja współczuję jej bardzo, bo wiem że nie podadzą jej przez to chemii, a czekanie jest torturą, ale odwracam głowę i skupiam swój wzrok na ludziach, którzy siedzą naprzeciwko nas. Siedzi przede mną pani, która chowa łysą głowę pod czapka, rozbiera chustę, by odsłonić kark i ściąga płaszcz. Jest sino-blada. Jej mąż, siedzi obok i wczytuje się w "Chwilę dla Ciebie". Po chwili widzę jak ciało tej pani pochyla się na bok a oczy zaczynają uciekać w górę, ale nie mijają dwie sekundy jak znów siedzi normalnie. Ściągam słuchawki i czuję, że dzieje się z nią coś niedobrego. Patrzy na mnie, choć bardziej przeze mnie, pochylam się do niej łapię za rękę i pytam "Źle się Pani czuje, prawda?", "Tak" odpowiada, więc zwracam się do jej męża "Proszę Pana niech pan teraz skupi uwagę na żonie, bo Panu odpływa". Mąż zdziwiony, odrzuca gazetę i mówi do żony "Ciśnienie ci spadło, chcesz się przejść, jest ci nie dobrze, choć pójdziesz opłukać twarz..." W tym samym czasie woła ich siostra. Mąż mówi siostrze o słabej żonie, która natychmiast zostaje wysłana na ekg serca.
Mija kolejna godzina. Z gabinetu wychodzi pani doktór, mówiąc nam, że musi udać się na konsultacje z innymi lekarzami w sprawie pani "płaczącej". W poczekalni wrze, Tomek idzie po coś słodkiego a ja nadal wsłuchuję się w mp3, widząc jak pacjenci wstają i robią krąg dyskusyjny. Czuję jak jedna z pań mi się przygląda. Podchodzi do mnie i mówi do reszty "Patrzę na chustkę tej dziewczyny, jak się ją zakłada, gdzie ją można kupić?". Ściągam słuchawki i widzę jak kółeczko mnie otacza, czuję się jakbym miała za chwilę poprowadzić szkolenie. Ściągam chustę z głowy i odpowiadam na pytania "Chusta nazywa się buff, jest dostępna w każdym sklepie górskim, turystycznym, sportowym i w internecie. Szmatka jest z dobrego, oddychającego materiału, dostępna w różnych kolorach, dla dzieci, dla kobiet, dla mężczyzn. Wygodna i ma różne zastosowanie, czapka, kominiarka, chusta na głowę, na szyję, ciepła w zimę i chroniąca głowę i kark w upalne lato". Po tym krótkim wykładzie, demonstruję jak ja zakładam tą chustę na głowę, w tym samym czasie przychodzi Tomek i pyta "Co się dzieje?", więc mu mówię że nic specjalnego, państwo byli ciekawi co noszę na głowie. Tak sprawiłam, że czas minął dość fajnie, bo właśnie doktór wróciła do gabinetu. Wchodzą po kolei następni pacjenci, my nadal czekamy. Wstaję i chodzę po korytarzu.
Mija kolejna godzina. Wchodzę przedostatnia. Siadam, wyciągam kartę wizyt i rozmawiam z panią doktór, która jak widzę sama nosi perukę. Jest młoda i bardzo miła. Podczas badania okazuje się być na drugim miejscu w moim rankingu najdelikatniejszych lekarzy. Kiedy wracam ubrana na swoje miejsce, prowadzimy bardzo szczegółową rozmowę odnośnie dolegliwości i leków które mają mi pomagać. Rozmawiamy też o mojej menstruacji, która miała zaniknąć, lecz nie zanikła tylko trwała bite siedem dni i była tak obfita jakby przecięto mi tętnice. "Bardzo proszę, by jak najszybciej udała się pani do ginekologa na usg". Mówię też o tym udarowym, nieznośnym bólu głowy za oczodołem. "W takim razie należałoby iść do okulisty zbadać ciśnienie w oku i siatkówkę oka".  Po wszystkich zaleceniach, dostaję skierowanie na chemię - cykl VI, który będzie podawany na szóstym piętrze. Otrzymuję też inne papierki w tym receptę na syrop przeciw zaparciom. Dziękuję i wychodzę. Załatwiam wszystko u sióstr i wchodzę do sali zasiadając na "swoim" fotelu. Z początku tego wlewu czuję się dobrze, potem coś mnie bierze, ale ustępuje. Siostry są bardzo miłe, a pacjentka, z którą zostałyśmy same zajęta jest swoją gazetą. Znów mnie coś bierze, na szczęście to już koniec, wychodzę po ponad dwóch godzinach i kieruję się do wyjścia z zaciśniętą raną. Tomek pyta czy wszystko dobrze, bo mam jakieś czerwone oczy. Nie, nie jest dobrze, oddaje mu cole i pędzę do toalety mijając dwie sprzątaczki. Po tym jak oddałam koncert w kibelku, zwracając treść śniadania, wychodzę wycierając łzy chusteczką. Panie sprzątaczki patrzą na mnie z politowaniem, na szczęście oprócz nich nikogo już nie było w poczekalni. Tomek siedział po drugiej stronie korytarza i też słyszał jak moje flaki chciały wyjść na światło dzienne. Wracamy do domu. Na parkingu w samochodzie siedzę i nie zdaję sobie sprawy, że czeka mnie przecudna niespodzianka. Mój bohater wyciąga z bagażnika i wręcza mi ponad dwa tuziny żółtych tulipanów. "Ty masz swoje osobne święto - to twój półmetek". Jedziemy, a ja uśmiecham się do tulipanów, które czarują mnie swoim słonecznym kolorem.
W domu padam jak kawka. Jest mi niedobrze i słabo. Leżę z moim bukietem na łóżku i próbuję się pozbierać, a kiedy mi się to udaje przebieram się i ląduję pod pierzyną. Razem z kotami zasypiamy. Po godzinie pobudka na zupę, potem znów sen i znów pobudka tym razem o 20:00 budzą mnie nudności. Idę do toalety i szarpie mną tak mocno aż krtań zaczyna mnie szczypać, po oddaniu treści pokarmowej czuję jak drętwieją mi kończyny, ledwo trzymam się ściany. Nie daję rady...padam. Leżę na panelach i czuję jak oczy za chwilę wylecą mi z orbit, jak nie potrafię przez krtań wydusić ani słowa, a mój brzuch, jak piłka nożna skopany, boli niemiłosiernie. Zaczynam płakać resztkami sił, podchodzi Tomek i prosi żebym spróbowała wstać bo leże na zimnej podłodze. Kochany jakbym umiała to bym nie ryczała - pomyślałam. On też nie wie co mi jest, bo nie potrafię wydusić ani słowa. To jakiś koszmar, tak to ten chujowy czas do którego się przygotowywałam... Tomek podnosi mnie z ziemi i zanosi do łóżka. Już nie płaczę tylko leżę i myślę, że to dopiero początek maltretowania mojego organizmu, poświęcam się jak tylko mogę, bo zdaję sobie sprawę o jak cenną rzecz przyszło mi walczyć. Zasypiam po trzech godzinach...



środa, 7 marca 2012

"nalot na chatę" :y

Wstałam, jak zwykle około dziesiątej. Tomek przygotowuje śniadanie, a ja krzątam się po domu planując zadania na dzisiejszy dzień. Po niecałej godzinie dzwoni domofon, myślę sobie pewnie listonosz, ale podnoszę słuchawkę i słyszę "Dzień dobry czy zastałam panią Agatę?" "Tak proszę". Wpuszczam Panią i migiem biegnę do pokoju zmienić spodnie z piżamy na dżinsy i nałożyć szlafrok na górę z piżamy. Słyszę, że drzwi z windy się otwierają, więc otwieram też z mieszkania i proszę Panią żeby weszła. Patrzy na mnie mówiąc "Ja pewnie do pani, jestem z polecenia ZUS-u, przeprowadzę u pani kontrolę...mogę usiąść?" "Ależ proszę, może się Pani czegoś napije?" "A dziękuję, muszę się spieszyć, czy mogę poprosić pani dowód os." Przynoszę dowód, przepraszam za bałagan i siadam naprzeciwko niej. Pani wręcza mi pismo, które zus z Chorzowa dostał od zusu z Zabrza. "Daje pani jeden egzemplarz, a drugi dla mnie proszę podpisać z dzisiejszą datą" robię jak prosi. Po czym czytam treść pisma, kiedy ona spisuje dane z dowodu. Zaczynam się zastanawiać nad sposobem przekazywania pacjentom informacji o takich kontrolach, ale przestaję, bo nagle widzę jak Pani - co się z pisma okazuje - lekarz zadaje mi pytania. Od kiedy pierwsze leczenie? Kiedy pierwsza operacja? Kiedy wznowa? Jakie lekarstwa? Jakie dolegliwości? Jakie samopoczucie na dzień dzisiejszy? Jakie inne choroby? Kiedy kolejna chemia? Jak długo na zwolnieniu? Po wszystkich otrzymanych odpowiedziach, wstaje i mówi "Widzę że ma pani bliznę na głowie..." "Nie to nie blizna, to łuszczyca skóry głowy, o której przed momentem powiedziałam..." "No tak to jeszcze proszę powiedzieć od kiedy pani na to choruje" "Od dziesięciu lat". Widzę, że lekarka chciałaby jeszcze coś zobaczyć, więc pytam "Czy potrzebuje pani jeszcze jakiś informacji?" "Tak chciałabym zobaczyć blizny pooperacyjne" Rozbieram się i pokazuję stare i nowe. Lekarka zapisuje, pomagając sobie rysunkiem, po czym składa wszystkie papiery i mówi "Dziękuję to wszystko, do widzenia i dużo zdrowia" Zamykam drzwi i stoję w przedpokoju jeszcze w lekkim szoku. Dociera do mnie fakt, że przecież jako pacjent mam prawo przygotować się do tej wizyty, tym bardziej że nie mam leżącego l4. Ktoś przychodzi rano znienacka do mojego mieszkania, wręcza mi pismo z dnia 27.02, w którym jest napisane bym była obecna 6.03 o godz. 10:00 i dała możliwość lekarzowi orzecznikowi zusu na skontrolowanie, czy ich nie cyganie i nie wyłudzam pieniędzy bezpodstawnie, a w razie uniemożliwienia badań moje świadczenia pójdą się...
Spokojnie biorę telefon i dzwonię do zusu w Zabrzu prosząc o połączenia z panią inspektor, która wystawiła to pismo. Rozmowa była dość treściwa i spokojna. Na moje pytanie czy nie powinnam dostać tego pisma wcześniej a nie w dniu wizyty, otrzymałam odpowiedź "Wie pani takie było zarządzenie mojego przełożonego" Na pytanie, czy to jest zgodne z prawem pacjenta, skoro nie muszę być w tym czasie w domu bo moje leczenie tego nie wymaga, to jakim prawem zabraliby mi świadczenia skoro nie zostałam uprzednio o tym poinformowana. "Proszę się nie martwić, gdyby orzecznik nie zastał panią w domu zostawiłby informację w skrzynce z wyznaczonym kolejnym terminem" no i tu mnie ruszyło "Przepraszam ale to jest nie logiczne, bo wyraźnie napisała pani o utracie ważności świadczeń dzień po wyznaczonym dniu badania, czy nie prościej wysłać w tym samym czasie jeden egzemplarz pisma do zusu w Chorzowie a drugi do mojej wiadomości, bym miała szansę przygotować się na to spotkanie. Tu jest wyraźnie napisane, że uprzejmie mnie informujecie o planowanym na ten dzień i tą godzinę badaniu lekarskim, i w związku z tym powinnam być pod wskazanym adresem z przygotowanym dowodem os. oraz dokumentacją medyczną. Czy nie powinni mieć państwo zwrotki z informacją, że adresat odebrał pismo i wiadomo wtedy, że jest zobowiązany do przyjęcia takiej kontroli?" "Tak właśnie by było zanim osoby od świadczeń zdecydowałyby o zaprzestaniu wypłaty świadczenia w pani przypadku." Ponieważ Pani była nadzwyczaj miła a ja miałam ochotę zakląć, podziękowałam Pani za rozmowę, prosząc o przesyłanie pism tego rodzaju również na mój adres, żeby nie stawiano mnie w takich niezręcznych sytuacjach, jak przyjmowanie w piżamie, czy utracie czasu na grzebanie w dokumentacji sprzed sześciu lat.
Czy to ja tu czegoś nie skumałam, czy oni myślą, że są tacy sprytni? Nadal nie pojmuję tej procedury, tym bardziej, że sześć lat temu dostałam wezwania na kontrolę do zusu w Tarnowskich Górach, gdzie jak człowiek mogłam wszystko przygotować i przyjechać na wyznaczony termin. Nie mam nic do ukrycia, mogą mnie kontrolować nawet co tydzień, byleby mnie nie straszyli, bo te ich metody są dla mnie niedorzeczne...

niedziela, 4 marca 2012

niespodziewanka :)

Wczoraj mieliśmy przecudne popołudnie. Odwiedził nas mój Bratanko-Chrześniak, przesłodki maluszek, który sprawił nam wiele radości :) Żałujemy, że nie mieszka po sąsiedzku...

nazywają mnie Filipek,

jestem z wami od 7 miesięcy,

 a dlaczego wszyscy się śmieją?

...mmmm....
maaaaaaamusiu co to jest, nie znam tego smaku.

pamiętam cię, kiedyś dawałeś mi mleczko :)